08.04.1997 - Przemówienie Lecha Wałęsy w Brazylii

Rio de Janeiro, 8 kwietnia 1997 r.

Szanowni Państwo,

Czym jest, czym była „Solidarność"? Był to związek zawodowy jak inne, z tą jednak różnicą, że działał w kraju totalitarnym. Posłannictwem każdego związku zawodowego jest ochraniać interesy swych członków. Interesy obywateli totalitarnego państwa są, najczęściej, w sprzeczności z interesami totalnej władzy. Zwłaszcza, jeżeli jak mieliśmy do czynienia w przypadku totalitaryzmu komunistycznego, państwo jest jedynym pracodawcą. Związek zawodowy stawał się, więc opozycją polityczną.
Odwrotnie zaś partia polityczna sprawująca władzę - ta zachowuje się jak związek zawodowy, chroni interesy swych członków. Co zaś jest interesem rządzącej partii? Jest nią dostęp do władzy, dóbr i pieniędzy, należny tylko, dlatego że się do partii należy, nie zaś z mocy zasług, starań i osiągnięć. Dlatego do 1989 roku związek zawodowy „Solidarność" zachowywał się jak partia polityczna (nie mała, - bo prawie 11 milionów członków), zaś partia komunistyczna działała jak związek zawodowy.
Sytuację dodatkowo komplikował fakt, że w komunistycznej ideologii robotnicy byli obdarzeni super wiedzą (tak zwany instynkt klasowy klasy robotniczej). Ich działanie było, więc na mocy ideologii zawsze słuszne. Może się mylić jeden człowiek, ale nie klasa jako całość. Klasa robotnicza pełniła rolę sprawcy historii, jej motoru.
„Solidarność" jako związek zawodowy była ugrupowaniem walki, którą zatomizowane społeczeństwo toczyło z totalitarną władzą. Była też, jeżeli można tak powiedzieć, pojemnikiem na ludzkie nadzieje. Od momentu, gdy zaczęliśmy odnosić zwycięstwa w walce, od momentu, gdy ludzkie marzenia zaczęły być realizowane przez partie polityczne, od tej chwili znaczenie „Solidarności" jako związku zawodowego zaczęło maleć. To tak jak
z zębami: ten z górnej szczęki trzyma się tylko dzięki obecności tego z dolnej. Jeżeli tego
u dołu zabraknie, to ten od góry też wypadnie. Taki był mechanizm spadku popularności NSZZ „Solidarność", które to ugrupowanie było nastawione na walkę. Po zwycięstwie związkowcy poczuli się nie tylko bezbronni, ale i bezradni.
Solidarność też, nieotoczona cudzysłowem, to nie organizacja, to pewna więź łącząca ludzi. Ludzi zorganizowanych w jakimś celu. Ludzi, którzy dobro wspólne potrafią przedłożyć nad swój osobisty interes. Ludzi, którzy potrafią poczuć się solidarni. Jednak to piękne poczucie, które każe przekraczać ramy osobistego interesu, słabnie, jeżeli nie stanie przeciwnika. Każdy zaczyna się rozglądać za swymi sprawami nie, dlatego że jest złym człowiekiem, lecz dlatego, że taka jest ludzka natura.
W ten sposób wielkie nasze zwycięstwo niosło w sobie zalążek klęski. Przestaliśmy być solidarni. Może wpływ tu miała polska historia, historia kraju, który przez sto pięćdziesiąt lat był pozbawiony własnej państwowości. Polacy odzwyczaili się od myślenia w kategoriach państwa i państwowości. Utracili powód, dla którego byli solidarni.
Wielka polska transformacja miała jeszcze i taki oto walor. Zmieniło się wiele, ale ludzie pozostali ci sami i tacy sami. Aby zmienić stosunki własności wystarczy jeden dekret. Aby zmienić ludzką mentalność, ludzkie nawyki myślenia trzeba lat, dekad, pokoleń. Transformacja ekonomiczna jest w Polsce rzeczą trudną, transformacja psychologiczna jest rzeczą daleko trudniejszą.
Ludzie wycofują się z polityki. Uważają ją za rzecz brudną, za gigantyczne oszustwo.
A przecież wiadomo, że nawet jak ktoś się nie zajmuje polityką, to i tak polityka zajmie się nim. Polityka dociera pod każdy dach, bo od niej przecież zależy nasz dzień powszedni, zależy dostatek i los naszych rodzin, zależy horyzont naszej przyszłości i jej możliwości. Musimy zdobyć się na uczestnictwo w polityce choćby tylko, dlatego że nieobecni nie mają racji.
Musimy zdobyć się na nową solidarność. Zdobyć się na nadbudowanie nad naszym dniem powszednim nowych wyższych wartości. W imię których moglibyśmy iść razem i w ramach których moglibyśmy się kłócić. Bo polityka, to nie jest domena tylko skuteczności. Polityka to realizowanie wartości w życiu publicznym. Polityka musi być moralna, jeżeli nie jest - staje się realizacją skutecznego działania, na które stać byle gangstera. Musi być czysta i musi być realizacją wartości. Mówię to w największym kraju katolickim świata, dlatego też proponuję: nie szukajmy niczego nowego. Wróćmy do sprawdzonych wartości, wróćmy do Dekalogu i bądźmy w obronie zawartych w nim wartości na nowo solidarni.
Zarówno Brazylia, jak i Polska mają wielkie wspólne doświadczenie. Doświadczenie wychodzenia spod totalitarnej władzy i odzyskiwania przez społeczeństwo swej podmiotowości politycznej. Polska była w tej trudniejszej sytuacji, że miała nie tylko dyktatorskie rządy, ale i nie suwerenne państwo. Poddani byliśmy opresji nie tylko ze strony rządzącej junty, ale w naszym kraju stacjonowały obce wojska okupacyjne. To doświadczenie powinno być dla nas nauką. Powinniśmy powrócić do wartości, aby móc zarówno osądzić, jak i wybaczyć. Bo bez osądzenia nie ma przebaczenia, a bez przebaczenia - pokoju.